Sydonia - Bogdan Frankiewicz

Od Autora

Drugie wydanie niniejszej książki wiąże się z uroczystością obchodów 750-lecia Marianowa, wsi niegdyś należącej do pomorskiego rodu Borków, ważnej w dziejach Ziemi Łobeskiej.

2 listopada 1248 roku ufundował książę Barnim I w Marianowie klasztor cystersek dla córek szlacheckich. Składał się on z kompleksu budynków i ogrodu ze stawem. Klasztor posiadał także kilka okolicznych wsi. Po sekularyzacji klasztoru, funkcjonował on od XVI wieku jako fundacja dla panien szlacheckich, którą nadal kierowała przełożona. Zamieszkiwało w nim wówczas tylko 12 panien i przełożona. Dzisiaj po klasztorze pozos­tała już tylko historia i nieliczne zabytki architektoniczne, W dziejach klasztoru najciekawszy jest fakt, iż przebywała w nim od 1604 roku Sydonia Bork, córka szlachecka, oskarżana o czary. Pozbawiona ludzkiej życzliwości, postać zgorzkniałej Sydonii pozostała do dzisiaj związana z dziejami klasztoru i historią mieszkańców Marianowa. Sydonia oskarżana o rzekome rzucenie czarów na ród książęcy Gryfitów za wiarołomstwo księcia Ernesta Ludwika, stała się już tylko tematem dzieł lite­rackich. Drugie wydanie nie uległo zmianie poza nowymi materiałami foto­graficznymi

Drugie wydanie nie uległo zmianie poza nowymi materiałami foto­graficznymi.

Szczecin, czerwicec 1998


“Wierny sługo. Kazaliśmy ująć Sydonię Bork w jej mieszkaniu w Marianowie z powodu niejakich wykroczeń oraz zarządziliśmy, aby była przesłuchana sądownie. Dlatego rozkazuję tobie, abyś wespół ze sługami swymi udał się do Marianowa i z urzędnikami z aresztu przewiózł ją wozem, którego dostarczą moi urzędnicy, na zamek w Oderburgu. Książę Franciszek, dnia 18 listopada 1619 r.”

Podpis księcia pomorskiego na dokumencie kładziony był niechętnie, choć pan na Oderburgu niczego tym nakazem aresztowania jeszcze nie przesądzał. Przynajmniej tak mniemał. Tymczasem był to już wyrok na Sydonię. W drugim roku wojny trzydziestoletniej, która we krwi pogrąży pól Europy i zniszczy połowę ludności Niemiec, rozmokłą jesiennymi deszczami drogą jedzie skazana przez ówczesny zabobon na karę śmierci była piękność Pomorza Zachodniego.

ŻYCIORYS SZLACHCIANKI

Data jej urodzin nie jest dokładnie znana. W aktach procesowych podawany był rok 1540, ale oskarżyciel odmładzał ją co najmniej o sześć lat. Ojciec Otto Bork z żoną Anną mieli oprócz niej jeszcze dwoje dzieci - Ulricha i Dorotę. Sydonia była najmłodszym dzieckiem. Może dlatego rozpieszczano ją najbardziej, poczynając od wyboru dla niej rzadkiego imienia, a kończąc na poddawaniu się kaprysom pięknej pannicy, której marzył się najurodziwszy z synów księcia Filipa I. Ernesta Ludwika (1545-1592) poznała w wołogoskim zamku, malowniczo położonym na sztucznie utworzonej wyspie na Piania. Łukasz Cranach Młodszy, malując około 1565 r. jego portret, utrwalił twarz mężczyzny przystojnego, o jasnych oczach, ustach namiętnych, z zadbanym zarostem. Piękna Sydonia, uśmiechająca się mądrze i tkliwie, przebiegająca komnaty zamku z lekkością wiosennego powiewu, mała czarodziejka zaklinająca wszystkie żywioły, nie miała godnej sobie konkurentki wśród dworek. Książę zapałał do niej uczuciem gorącym. Sydonia wyznania miłosne przyjmowała z naiwną wiarą jako zapewnienia trwałości związku. Pozostała nawet głucha na echa kroków ścigającego ją Cranacha, który nie tylko chciała portretować, ale i miłować z gwałtowną namiętnością artysty. Książę obiecywał małżeństwo. Jednak do mezaliansu nie doszło. Ernest Ludwik ożenił się w 1577 r. z Zofią Jadwigą, córką Juliusza, księcia brunszwickiego. Wcześniej urażona w swej dumie Sydonia opuściła zamek i już nań nie powróciła. W maju 1568 umarł jej ojciec, pan Strzmiela zwanego Wilczym Gniazdem, którym Borkowie od XIII wieku władali. Na Pomorze Zachodnie przyszli z Kołobrzegu. W 1255 r. kasztelan kołobrzeski złożył urząd i osiadł w Łobzie, jego syn Jan zbudował zamek w Strzmielu. Stąd wychodziły drużyny napadające na oddziały krzyżackie, z tego rodu wywodził się Maciek Bork, poseł króla Eryka Pomorskiego, władcy Danii, Szwecji, Norwegii, który szukał z Jagiełłą porozumienia przeciwko Krzyżakom. Brat Sydonii, Ulrich, odziedziczył po przodkach wiele cech charakteru, jak upór, czy skłonność do awanturnictwa, ale właściwości te służyły znacznie mniejszym sprawom niż jego antenatom o wielkiej świadomości słowiańskiej. Sydonią i Dorotą zajął się niechętnie. W zamian za utrzymanie i roczne renty wymógł na nich zrzeczenie się praw majątkowych po rodzicach. Niestety, już 25 IX 1569 żeni się, a siostry nie mogą się pogodzić z bratową i opuszczają Wilczy Gród. Od tego momentu do końca życia Sydonia niestrudzenie przez czterdzieści lat będzie dochodzić swych praw majątkowych. Piękna kobieta, powoli starzejąca się w samotności i zgryzocie, w coraz większym poczuciu doznawanej zewsząd krzywdy, tuła się po całym Pomorzu. Stosunkowo łatwo można odnaleźć miejsca jej pobytu. Jej życie utrwalili sekretarze sądowi, najpierw w rozprawach o spadek, potem w procesach o czary.

I tak w 1589 zamieszkuje w Szczecinie u rodziny Brockhausena. Zostaje tu wciągnięta w bardzo poważny proces finansowy przeciwko tej rodzinie, a także musi się tłumaczyć z szerzenia plotek o księciu rzekomo korzystającym z ius prime noctis ze swoimi damami dworu. Sydonia i Dorota nie tylko nie mają własnego domu, ale i środków do życia. Mieszkają w Stargardzie, Krępcewie, Chociwlu, Resku, w Marianowie. Dwukrotnie podczas pożaru tracą dobytek. W 1584 płonie dom w Stargardzie, a Sydonia twierdzi, że straciła podczas pożaru dobytek wartości 200 florenów. W 1591 sąd zobowiązuje Ulricha do znalezienia siostrom mieszkania w Resku. Wynajął dla nich dom ze wspólnym pokojem z właścicielem. Dom ten, podobnie jak poprzedni w Stargardzie, w 1593 spłonął, a Sydonia traci tym razem dobytek wartości 400 florenów. Siostry postanawiają się rozstać. Dorota przenosi się do Majątku Wedlów, a Sydonia do wdowy po Gotfrydzie von Wedel, do Chociwla. Tu jest powodem kolejnego procesu przeciwko Jakubowi von Stettin ze wsi Ciemnik, którego oskarżyła o pobicie. Staje się coraz bardziej agresywna, coraz częściej uczestniczy w procesach. To, co było nieszczęściem Sydonii, z czym usilnie walczyła, znalazło się później w akcie oskarżenia jako dowód obciążający ją: “Od młodości nie miała stałego miejsca zamieszkania” - zapisano w protokole oskarżenia. Kiedy Sydonia z siostrą opuściły niegościnny dom brata, wniosły odwołanie do sądu. Książę Jan Filip wyznaczył im jako opiekunów grafa Ludwika von Ebersteina i Kerstena Manteufla. W 1580 książę nakazuje zajęcie należności Ulricha na rzecz sióstr, ale bezskutecznie. 22 II 1583 siostry uznają, iż otrzymały spadek po ojcu i matce wraz z naszyjnikiem, lecz żądają wyposażenia w postaci pościeli, skrzyń i gospodarczych naczyń, a także posagu w wysokości 1000 florenów i opłatę ślubną w wysokości 300 florenów dla każdej. Dalej żądają spłaty alimentów, z którymi Ulrich zalega, wraz z procentami. 25 VI 1583 zapada wyrok przeciwko Ulrichowi zgodnie z żądaniami sióstr. Nie można więc powiedzieć, że wszystko było przeciwko tym kobietom. Przeciwnie prawo i książę dowodem najlepszym, że znalazły obrońców.

Swe kłopoty finansowe Sydonia stara się rozwiązać poprzez małżeństwo. Była już sześćdziesięcioletnią lub siedemdziesięcioletnią kobietą, która odprawiła co najmniej piętnastu narzeczonych, gdy postanowiła wyjść za mąż. Bezskutecznie procesując się o spłatę posagu, o przyznanie połowy spadku po zmarłej już siostrze, chciała wydać się za mąż, by w ten sposób wymusić wypłatę posagu. Do ślubu owego nie doszło, a sądy coraz mniej życzliwie patrzyły na Sydonię.

UBOGA CZY CZAROWNICA

Na wniosek krewnych w 1604 roku zostaje przyjęta do klasztoru w Marianowie. Pobyt tam zapowiadał się źle. Wysiadając z wozu, złamała sobie nogę. Ponieważ była najstarszą mieszkanką w klasztorze, powierzono jej stanowisko zastępczyni przełożonej. Ale jeszcze w tym samym roku pozbawiono ją tego urzędu. Sydonia wciąż procesowała się, bardzo często bywała w celach prywatnych poza klasztorem, nic wiec dziwnego, że nie miała czasu na rzetelne pełnienie swych obowiązków. Dumna Borkówna poczuła się urażona i odtąd zaczęła się między nią a przełożoną otwarta wojna.

Stara zgryźliwa kobieta z poczuciem krzywdy i przegranego życia nie godzi się ani na swe ubóstwo, ani na klasztorną pokorę. Jest coraz bardziej samotna. Ale jej wrogom to nie wystarcza. Zbierają przeciwko niej dowody, które przedstawiają w sądzie. Zakonnice skarżą się, że wyniosła Sydonia zatruwa im życie. Lupold von Wedel z Krępcewa, u którego jakiś czas mieszka z siostrą, na dziedzińcu klasztornym pobił ją. Wówczas to po raz pierwszy, w przypływie wielkiej złości i w poczuciu absolutnego osamotnienia, bezradności wobec silniejszych od niej, zaczęła się odgrażać, straszyć swoim Chimem.

Chim, skrót od imienia Joachim - jak pisze pomorski historyk Tomasz Kantzow - był duchem domowym, skazanym na potępienie ogniowe, któremu w dawnych germańskich czasach składano dary w postaci misy mleka. Był to duch spokojny, lecz rozdrażniony potrafił być nieznośny, zły. Kantzow zauważa, że przez długie stulecia nie było o nim słychać i pojawił się dopiero w aktach procesowych Sydonii.

16 X 1612 Anna von Apenburg z klasztoru w Marianowie oskarża Sydonię o czary. Osaczenie Sydonii przez ludzi jej nieżyczliwych jest coraz ciaśniejsze. Próbuje uciec z Marianowa, złożyć skargę przed księciem. Wówczas ujmują ją i oskarżają o niepoczytalność. Więziona wpada w furię, rzuca się z siekierą do drzwi, grozi, złorzeczy. Schorowana, w silnej gorączce majaczy, a jej prześladowcy skrupulatnie notują w pamięci jej widzenia. Nie wiadomo ile razy z inicjatywy Lupolda von Wedel zbierała się w jej sprawie rada, ale jest pewne, że tych, którzy chcieli się pozbyć “żmijowatej Sydonii” było coraz więcej. Jej pozwy do sądu przeciwko szkalowaniu i ustawiczne groźby tylko zaostrzają konflikt między nią a środowiskiem, w którym żyła.

ZWIERZĘTA SYDONII

Człowiek nie jest stworzony do samotności. Piękna Sydonia miała wielu adoratorów, nawet w wieku już podeszłym ubiegano się o jej rękę. Nie przyjęła żadnych oświadczyn, kawalerów młodych i starszych odsyłała nie dając im nadziei. Kiedy zamieszkała w Marianowie, jej godziny samotności uprzyjemniała obecność zwierząt. Nie mając do kogo otworzyć ust, rozmawiała z wróblami, głaszcząc kota nieszczędziła mu ciepłych słów, jakich ludziom żałowała. Miała też swego psa. Lubiła go. Żaden protokół sądowy nie utrwalił bliższych danych o nim. Nie wiadomo dlaczego pies ten spodobał się byłemu narzeczonemu Sydonii. A może nie tyle pies przypadł mu do serca, co chciał zrobić na złość kobiecie, która wzgardziła kiedyś jego uczuciami? Henryk Prechel, żonaty, zabrał jej psa. Wbrew woli właścicielki. Wkrótce do domu Prechela zastukała śmierć. Zmarło dziecko. Zrozpaczony ojciec twierdził, że w ten sposób Sydonia zemściła się na nim z powodu zabranego jej psa. Sydonia zaś mówiła, że dziecko zmarło, bo zostało pogryzione przez psa. Jej psa, ale ona nie ma z tym nic wspólnego. Odtąd już pies Sydonii będzie się przewijał przez procesowe oskarżenia stale. Nawet Sydonia się do niego przywiąże jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy był u niej. Kiedy zapytają: jak ten pies jej służył? - odpowie bez namysłu: przepowiadał moją śmierć. Odpowiedź była niejasna, dlatego tym bardziej ważna. Nikt nigdy nie stanął skutecznie w jej obronie. Przychylność księcia pomorskiego nie pomogła w egzekucji praw do alimentów. W klasztorze w Marianowie najdotkliwiej odczuła bezbronność wobec młodszych od siebie sióstr, które nie rozumiejąc starszej mieszkanki, nie miały dla niej dość szacunku. Broniła się strasząc kotem i psem, posłusznymi jej woli zwierzętami. W zwierzętach tych objawiał się Chim.

ZIOŁA SYDONII

Wykształcenie miała skromne, zdobytą umiejętność czytania wykorzystywała na lekturę Biblii, modlitewników i dzieł z zakresu fitoterapii. Z dużą pasją poznawała właściwości ziół rosnących na Pomorzu i chętnie przychodziła z pomocą cierpiącym. Umiała też warzyć dobre piwo. Jej higiena osobista różniła się od higieny sióstr zakonu w Marianowie, skoro jako szczególne zjawisko odnotowały jej kąpiele. A kąpała się nie tylko w gorącej wodzie, lecz dodawała do niej jeszcze zioła. Ziołami też leczyła się. Niezwykłe właściwości przypisywała owocom zbieranym z krzaków o nazwie “Adich” (Attich-Ebulum), jakie rosły w okolicach Maszewa. Podczas procesu Sydonia mówi o jego leczniczych skutkach dość mgliście: “odpędza albo życie, albo śmierć”. Nie kłamała. Tajemniczy “Adich” to czarny bez (Sambucus nigra), kwitnący od maja do lipca. Jego kwiat ma bogaty skład chemiczny. Jest to dobry środek przeciwbólowy, napotny, moczopędny, przeczyszczający, stosuje się go także przy anginie. Owoce bzu osłabiają migrenę, przynoszą ulgę cierpiącym na ischias. Gospodynie robią z nich soki, kompoty, powidła, konfitury. Czarny bez odpędza śmierć. Dlaczego więc Sydonia twierdzi, że i życie może odpędzić? W podręcznikach o ziołach ostrzega się przed przetworami alkoholowymi z owocu bzu, które mają właściwości trujące!

W szczerości Sydonia posuwa się tak daleko, że nie ukrywa korzystania z ziela “Mercurium”. Kupowała je w aptece stargardzkiej, a ziele to miało właściwości toksyczne.

Staruszka z Marianowa, tyle razy oszukiwana przez bliźnich, mogła nie mieć wobec nich złych zamiarów, ale motywów do działania na ich niekorzyść nie brakowało jej. Znała tajemnice ziół. Nawet nie wykorzystując tej wiedzy przeciwko swym wrogom, mogła wokół siebie stworzyć atmosferę napięcia, niepewności własnego losu.

CZY TAK BYŁO?

Gdyby jej nie ufano, nie przychodzono by do niej po porady lekarskie, a pastor Dawid Lüdecke nie zaglądałby do jej piwniczki z piwem.

Lecz czy w procesie o czary w XVII w. warto było być obrońcą? Świadek broniący czarownicy łatwo mógł być oskarżony o współudział w jej praktykach. W takim procesie tylko Bóg lub diabeł mogli przyjść z pomocą oskarżonej.

28.07.1619

“Jobst Bork w czasie sprawowania urzędu dochodził przyczyn sporu pomiędzy Sydonią i współmieszkankami klasztoru Anną Apenburg, Dorotą Stettin i Anną Hebron, które oskarżyły ją o wspólne praktyki czarodziejskie z niejaką Wolde. Tę ostatnią osadzono w więzieniu za głoszenie przepowiedni itp. oraz uprawianie czarów. Na przesłuchaniu sądowym 9 VII 1619 r. Wolden przyznała, iż wspólnie z Sydonią sprowadziły na pastora w Marianowie diabła. W ten sam sposób uśmierciła Sydonia furtiana. 1 X następuje konfrontacja Sydonii z Wolden i 4 X Sydonia osadzona zostaje w areszcie domowym. 9 X Wolden zostaje powieszona. Rozpoczęto dochodzenie przeciwko Sydonii. 18 X aresztowano ją, gdyż miała się wyrazić, że będzie uprawiać czary dalej. 21 X odwieziono Sydonię na zamek Oderburg. Po jej wywiezieniu spisano własność Sydonii w jej mieszkaniu i znaleziono: kołowrotek, okulary oraz niewielką biblioteczkę z modlitewnikami i Biblię. Podczas pierwszych przesłuchań dochodziło często do nieporozumień, gdyż sędzia był głuchy”.

Ten zapis w protokole sądowym wciąż jeszcze nie zapowiada wielkiego procesu. Zaczęło się banalnie, od jakichś nieporozumień w klasztorze, od szkalowania, od irracjonalnych zarzutów. Lecz każdy kolejny dzień procesu wzbogacał akt oskarżenia. Oskarżający Sydonię wynajdywali wciąż nowe przeciwko niej dowody, przed sądem pojawili się także nowi świadkowie.

Sydonia najpierw stanęła przed sądem oskarżona o dokuczanie mieszkankom klasztoru w Marianowie, potem obwiniono ja o czary, wreszcie o spowodowanie śmierci kilku osób z bliższego i dalszego otoczenia.

MIŁOŚĆ I POLITYKA

Poza aktem formalnym było jeszcze oskarżenie nie zgłoszone w sądzie; obwiniono ją o zniszczenie panującego na Pomorzu rodu Gryfitów, co byłoby przestępstwem politycznym, bowiem ich zmierzch dawał prawo Brandenburgii do Pomorza.

To oskarżenie przypomina wydarzenie z XIV wieku, gdy po śmierci Filipa Pięknego, króla Francji, szybko umierali jego następcy - dopatrywano się w tym magicznego działania czarownic. Podejrzany o stosowanie czarnej magii Enquerrand de Marigny, mistrz króla, został powieszony. Motywem zemsty Sydonii na Gryfitach miało być wiarołomstwo Ernesta Ludwika.

Pojęcie czarownicy sięga czasów średniowiecza, kiedy Kościół organizował siły przeciwko heretykom. W roku 1215 formy walki z czcicielami diabła przyjęły instytucjonalną formę w postaci Inquisitio Haeretica Pravitatis, Sanctum Officium. Już w 1275 r. inkwizytor dominikanin znajduje kobietę żyjącą z diabłem. W latach 1320-1350 w Carcassone na stosie ginie 200 czarownic, w Tuluzie 400. W 1484 papież Innocenty VII ogłosił bullę Summis desiderantes affectibus, sankcjonującą ściganie czarownic. Od roku 1487 poprzedza ona dziełko napisane przez niemieckich inkwizytorów, profesorów teologii, dominikanów Henryka Institoris i Jakuba Sprengera pt. Malleus maleficarum - Młot na czarownice. O jego niezwykłej przydatności świadczy fakt 29 wznowień do 1669 r. Tylko w roku poprzedzającym ukazanie się tej pracy  autorzy na stos posłali blisko 50 czarownic. We Włoszech, w dolinach Bresci w roku 1518 o czary oskarżono 5 tysięcy mieszkańców. W Hiszpanii dominikanin Tomasz Torquemada, przechrzta, w ciągu osiemnastu lat działalności inkwizycji na stos posłał 10220 ofiar, 6800 zamęczył  podczas tortur, a 97000 skazał na dożywotnie więzienie. W 1568 w Rzymie nie było dnia bez podpalania stosu pod heretykiem.

Obłędny lęk przed czarownicami na przełomie XVI i XVII wieku najdotkliwiej odczuto w Niemczech. Tu nie miano żadnych wątpliwości, jak należy interpretować słowa Chrystusa z ewangelii św. Jana: “Ten, kto we mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie”. W księstwie duchownym Fulda, w Hesji, gdzie dziś jest katolicka akademia teologiczna, w latach 1602-1606 stracono 250 czarownic. W Offenburgu, dwutysięcznym miasteczku w Badenii, z lat 1628-29 zachowały się dokumenty o 79 spalonych czarownicach. W Weil, gdzie żyło zaledwie 200 rodzin, spalono 38 czarownic. To w tym miasteczku przyszedł na świat w 1571 Johannes Kepler, twórca powszechnego prawa ciążenia, współtwórca współczesnej astronomii, wynalazca teleskopu, który utrzymywał się ze stawiania horoskopów. W 1615 r. jego matkę oskarżono o czary. Siedemdziesięciotrzyletnią staruszkę przez 14 miesięcy trzymano przykutą łańcuchami do ściany bramy miejskiej, starając się wydobyć z niej przyznanie do konszachtów z diabłem. W Bambergu spalono 900 czarownic, w Würzburgu 1200, w Bonn uwięziono 70 wychowanków seminarium duchownego, oskarżonych o związki z diabłem.

Zabobonny lęk przed diabłem w Europie posłał na stos około 750 tysięcy ludzi, najczęściej stare, brzydkie kobiety. Ta niepełna, statystyka, która nie oddaje grozy, panicznego strachu przed siłami nadprzyrodzonymi, w jakiś sposób tłumaczy krzywdę wyrządzoną Sydonii. Za przyczyną “wiedźmomanii” wtrącono do więziennych lochów każdego, na kogo padł cień podejrzenia. Przed irracjonalnym zarzutem nie było obrony. Czego nie udało się osiągnąć w czasie przesłuchań przed ławnikami i sędzią, zdobywał kat w izbie tortur. Zaczynano od straszenia podsądnej torturami, potem buty hiszpańskie, czyli żelazny but wkładany na nogę i wsuwany w palenisko, krzesło Hackera z żelaznymi kolcami i podgrzewane od spodu, rama do druzgotania nóg, obcęgi, którymi szarpano ciało.

Popatrzmy na kilka dat. W roku 1592 umiera Ernest Ludwik, w 1600 Jan Fryderyk, książę szczeciński, w 1603 Barnim XII, jego następca, w 1605 Kazimierz IX, biskup kamieński, w 1606 Bogusław XIII, władający Pomorzem zaledwie dwa lata. Kiedy w 1617 śmierć dotknęła Jerzego III, trzydziestopięcioletniego kawalera, syna Bogusława XIII, Filip II przestał lekceważyć przestrogi dworu przed przekleństwem Sydonii. Tym bardziej, że nie miał wobec niej czystego sumienia. W procesie Sydonii ze stryjem o spadek po rodzicach, poparł swego dworzanina, krzywdząc Sydonię. Nie zdążył wydać nakazu uwięzienia. W roku 1618, w drodze do Szczecinka, umiera. Akt uwięzienia dyktował Franciszek I, który… zmarł w trzy miesiące po śmierci Sydonii. Ostatni z Gryfitów, Bogusław XIV, umarł bezpotomnie w 1637.

Poznawanie świata przez jednostkę jest subiektywne i nie ma bezpośredniego wpływu na zachodzące w nim wydarzenia. Jednostka jest bezsilna wobec wiary, obyczajów, świadomości społecznej, funkcjonujących instytucji. Niebezpiecznie jest drwić z wiary epoki. Niebezpiecznie jest poddawać w wątpliwość wierzenia swego świata.

WIECZNE ANTYNOMIE

Epoka, w jakiej żyła Sydonia, odkryła juz nowe metody zdobywania prawdy. XIV-wieczny filozof Wilhelm Ockham ożywiając prąd krytycyzmu, przestrzegał przed mnożeniem bytów, tworzeniem fikcji, tłumaczeniem faktów zawile. Michel de Montaigne radził zajmować się bezspornymi faktami z życia ludzkiego. Franciszek Bacon twierdził, że tyle mamy władzy, ile wiedzy.

Niestety, ta nowa świadomość daleka jeszcze była od zrewolucjonizowania myśli społecznej. W XVII wieku nasileniu uległa działalność inkwizycji. Humanista Sarpi głosił, że cenzura inkwizycji jest najdoskonalszym narzędziem Kościoła do robienia z ludzi idiotów. Sanctum Officium w 1600 r. skazuje na śmierć przez spalenie na stosie Giordano Bruno, w 1618 Kościół potępia system kopernikański, w 1633 - Galileusza. Ówczesny świat musiał mieć swego diabła. Był on najwygodniejszym narzędziem do walki z każdym, kto miał odwagę myśleć inaczej, mówić inaczej, robić inaczej niż nakazywał Kościół. Diabeł nie oszczędzał nikogo. Jego ofiarami byli królowie, biskupi, ale przede wszystkim kobiety.

Człowiek jest nawykły do cierpień fizycznych. Zimno, głód, pragnienie - to doznania każdego. Również większości nieobce są przykrości czy cierpienia wywoływaneodbieraniem nieprzyjemnych wrażeń zmysłami słuchu, dotyku, powonienia. Okrucieństwo, tortury - to odwieczny sposób na zachowanie przewagi nad innymi. W ciągu 150 tysięcy lat swego istnienia Homo sapiens tworzy system sterujący procesami wewnątrzspołecznymi, pracuje nad wynalazkami ułatwiającymi mu przetrwanie i opanowanie globu. U zarania dziejów jego okrucieństwo było równie prymitywne jak i on sam, jak otoczenie myśliwego. O wyrafinowaniu można mówić dopiero od pięciu tysięcy lat przed naszą erą, gdy człowiek wynalazł już motykę, sierp, żarna, świder smyczkowy. Gdy motywy do stosowania okrucienstwa stały się głębsze niż potrzeba zaspokojenia głodu. Biblijny Kain zabija Abla, bo Bóg nie przyjął jego ofiary. Synowie Jakuba mordują krewnych Sychema, bo ten zgwałcił ich siostrę Dinę. Ifigenię zabito na ołtarzu Artemidy w beockiej Aulidzie, by przebłagać okrutną boginię, której ulubioną łanię upolował Agamemnon. Bogowie zawsze byli żądni ludzkiej krwi. Aztekowie wyrywali jeńcom jeszcze bijące serca, by złożyć je w ofierze Słońcu. Wierzyli, że bez świeżej krwi skona, więc prowadzili święte wojny, których głównym celem było zdobycie jeńców, ich serc, ich krwi dla Boga-Słońca. Podobnych ofiar nie brakło w Starym Testamencie i w najnowszej historii, gdy dogmat zastępuje rozum.

Na Pomorzu Zachodnim akty okrucieństwa zaczęły się rozpowszechniać w XVI w., gdy mieszczanie buntowali się przeciwko starym formom życia społecznego i gospodarczego, a feudalizm wciąż jeszcze znajdował siły do oporu przed nowym. Na owe społeczne niepokoje nałożyło się ścieranie protestantyzmu z katolicyzmem. Kaznodzieje protestanccy wręcz zachęcali do wyzwalania się spod wpływów katolickich księży i do niszczenia miejsc kultu. Jan Amandus, głosząc walkę z papieżem, mnichami i dygnitarzami kościelnymi, w 1525 roku wezwał w Szczecinie mnichów do dysputy na Rynku Siennym. Pokonani mieli spłonąć na stosie. Ale zbierający drewno już wiedzieli, że stos zapłonie pod katolickimi mnichami, więc nic dziwnego, że mnisi nie stanęli do dysputy, woleli posługiwać się paszkwilami rozkejanymi na murach miasta. jeden z takich paszkwili wywieszono w wieży kościoła św. Jakuba. Podejrzewano dzwonnika. Wzięto go na tortury, podczas których podał długą listę winnych i niewinnych. Oprawcy byli usatysfakcjonowani, bo wreszcie mieli swobodę w działaniu. Na koniec wlano staruszkowi do gardła wrzący roztwór soli, czego dzwonnik już nie przeżył.

Nieco inny przebieg miały tortury, podczas których starano się uzyskać zeznania od podejrzanych o czary, związki z diabłem. Przeprowadzano je zazwyczaj późnym wieczorem lub nocą. Po ostrzeżeniu “czarownicy” przed torturami, pokazaniu jej narzędzi tortur oraz poinformowaniu, jaki sprawiają ból - prowadzono oskarżoną do izby tortur, rozbierano ją i szukano śladów na ciele - stygmatów lub innych tajemniczych znaków. Badania te miałą według przepisów przeprowadzać kobieta, lecz trudno było znaleźć taką, która chciałaby dotykać czarownicę, wobec czego rozbieranie i badanie przeprowadził sam sędzia. Następnie czarownica przywdziewała bezrękawnik z grubego lnianego płótna. Przed przywiązaniem do drabiny i narzędzi tortur nakładano pęta. W końcu torturowano ją. Z akt wynika, iż narzędzia do torturowania miał kat i każdorazowo przynosił je na rozprawę. Kaci urzędowali niemal w każdym mieście, np. w Maszewie, Goleniowie, Trzebiatowie, Pyrzycach, Szczecinie. Do najczęściej spotykanych narzędzi tortur należały śruby do przykręcania palców, nóg, sznury, obcęgi. Śruby przykręcano tak długo, aż ukazała się krew pod paznokciami. O ile nie pojawiła się, oznaczało to, iz diabeł przyszedł z pomocą. Gdy zgniatanie palców nie odnosiło skutku, przystępowano do zgniatania nóg, czyli stosowano tak zwane hiszpańskie buty. Były to dwie żelazne płytki przykręcane śrubami do piszczeli, aż do zgniecenia kości najpierw u jednej nogi, następnie u drugiej. Płyty związywano jeszcze sznurem i uderzano w nie młotkiem. Na Pomorzu jako specjalność stosowano czapę. Była to żelazna obręcz, rodzaj hełmu zakładanego na głowę, który następnie ściskano coraz bardziej. Aby torturowana nie krzyczała, zatykano jej usta kneblem. W pomorskich procesach czarownic nie znano przypadku, by ktoś torturowany wszystkimi tymi narzędziami przeżył.

Wznowienie w Szczecinie w latach 1569, 1663, 1673 przepisów Karola V z 1553 o ograniczeniu torturowania dowodzi, że kaci nie szczędzili sił i wyobraźni, by wydobyć z podejrzanych jak najobszerniejsze zeznania. Na Pomorzu, zgodnie z szczegółowymi instrukcjami, akta procesowe po ich zamknięciu odsyłano do ekspertyzy Wydziału Prawnego Uniwersytetu w Greifswaldzie, Rostocku, Frankfurcie. Od XVII w. akta z Pomorza przesyłano do sądu przysięgłych w Stargardzie. Najczęściej sąd zalecał ponowne przesłuchanie “po dobroci”, a w razie upierania się - badanie “w ostry sposób”, a więc za pomocą tortur az do wyznania tego, czego oczekiwano. Pierwsze pewne informacje o procesach czarownic na Pomorzu pochodzą z XVI wieku. 23 III 1558 r. w Stralsundzie spalono trzy osoby. pod koniec XVI i z początkiem XVII w. procesy na Pomorzu były bardzo częste, lecz o niewielu zachowały się przekazy w dokumentach. Do najgłośniejszych należało ścięcie na Rynku Siennym w Szczecinie w 1592 Elżbiety von Dobschütz, spalenie w 1602 Triny Rungen.

2.12.1619

“Sydonia Bork już od najmłodszych lat była podejrzewana o czary. Utrzymywała podejrzane kontakty z czarownicami, zwłaszcza z jedna zamieszkałą w Uchtenhagen, od której otrzymała czarodziejskie lusterko i dar przepowiadania”.

Pięćdziesięciu świadków przedstawia - zdaniem przesłuchujących - dostateczną ilość dowodów przemawiających przeciwko Sydonii. Sumienie czarownicy z marianowa obciąża śmierć pastora Dawida Lüdecke z Büche, księcia Filipa i furtiana z klasztoru, przełożonej Magdaleny Petersdorf, dziecka Prechela, wnuka Ottona von Borka, złamanie żebra Joachimowi von Wedel, choroba służącej Triny Pantels. Zaiste poważne były to zarzuty.

Sydonia zażądała przedstawienia dowodów oskarżenia, wobec czego komisarz sądowy wyznaczył termin przesłuchania świadków na 11 I 1620 w Marianowie. Świadkowie potwierdzili stawiane Sydonii zarzuty: rzucała na swoich wrogów przeklenstwa, zaklinała i złośliwie przyzywała na nich choroby i śmierć. Lecz gdy pytano, czy jej zaklęcia i praktyki stanowiły przyczyne tego wszystkiego, milczeli. Dwóch świadków widziało co prawda pod drzwiami Sydonii trójnożnego zająca lub kota, lecz inni byli bardziej powściągliwi. Kilku zaklinało się na wszystkie świętości, że gdy Sydonia chciała kogoś uśmiercić, to przywoływała swego Chima i wypowiadała następujący zwrot: “Tak łaskoczą i drapią mój pies i mój kot”, pozostali tłumaczyli się, że omijali oskarżona z daleka, więc nigdy nie słyszeli, co mówiła. Lubiła wymyślać opowiastki o upiorach. Do jej mieszkania przychodziły różne stare kobiety, prostytutki ze Szczecina. Niektóre z nich spłonęły na stosie. To niedobrze, że miała kontakty z takimi kobietami.

PIERWSZE PRZESŁUCHANIE

“Z polecenia księcia w skład sędziowski weszli: Książęcy zarządca zamku Paweł Zastrow, Fryderyk Hindenborch - książęcy radca, dr Teodor Plonnies, sędzia. Przedstawiwszy katowi ze Szczecina powód swego przybycia, odczytali wyrok i stwierdzili, iż na polecenie księcia Franciszka przedkładają wyrok do wykonania, gdyż Sydonia Bork nie chce z własnej woli przyznać się, więc winien ją ostro przesłuchać. Kat odpowiedział, iż zrozumiał wyrok, wobec czego będzie postępować zgodnie z obowiązującymi wówczas zwyczajami.

Potem przyprowadził Sydonię, Eustachius Schmiede, której dr Plonnies przypomniał, jakich dopuściła się przestępstw i dlaczego jest więziona. Poinformowano Sydonię o przydzieleniu jej adwokata dla obrony. Następnie odpowiedziała na pojedyncze pytania. Obie strony przejrzały akta i uznały ich ważność, wobec czego wydały 26 VII wyrok uznano za słuszny do ogłoszenia. Przeczytano sentencję wyroku dosłownie, wzywając Sydonię do przyznania się do winy określonej w zawartych artykułach, bowiem w przeciwnym razie będzie poddana ponownym torturom i przesłuchaniom. Równocześnie kat pokazał narzędzia tortur. Sydonia wyznała, iż jest starą i bezradną istotą, prosi o pomoc adwokata. Dr Plonnies powiedział, że jej adwokat nie może przybyć na zamek, więc winna po dobroci mówić prawdę.

Sydonia zapewnia, że jest niewinna, a gdyby było inaczej, niech Bóg da znak. Prosi o apelację. Dr Plonnies twierdzi, iż odwołanie nie może być Uwzględnione i nakłania ją raz jeszcze, by się przyznała, krewnym i przyjaciołom oszczędzając wstydu. Gdy jednak odmówiła, kat postąpił tak, jak każe wyrok”.

W CELI

Zamek Oderburg w niczym nie przypominał tego, za jakim tęskniła Sydonia kochając Ernesta Ludwika. Cela była zimna i wilgotna, przez małe okienko umieszczone wysoko, tuż przy ziemi, dochodziło szczekanie mew przylatujących znad Odry, złowieszcze krakanie kruków rozsiadłych na konarach bukowych. Z celi do sali tortur droga wiodła wąskim mrocznym korytarzem. Ten sam korytarz wyprowadzał na salę rozpraw. Długie przesłuchania, tortury, gorączka wywołana przeziębieniem wymęczyły ją do tego stopnia, że w jej świadomości zaczęły się zacierać granice między rzeczywistością a światem wyobraźni. Długo nie bała się ani jednego, ani drugiego. Lata życia w samotności dość sprawiedliwie dzieliła między racjonalizm i irracjonalizm. Pod koniec życia sama już zwątpiła, które racje były jej bliższe, w czym należy szukać prawd ostatecznych. Bóg był potrzebny jej gorzkiej samotności, przekonanie racjonalne zaś przeciwko tym, którzy nadużywali Jego imienia. W swej obronie często się gubiła i to, co miało być odpieraniem argumentów jej oskarżycieli, stawało się atakami na Kościół i Boga. Nie umiała też dokonać wyboru w owym świecie irracjonalnym, w którym Bóg był bierny, a jego poddany, Chim, czynny. Chciała kochać Boga, lecz trudno jej było wyrzec się jedynej przyjaźni. Może dlatego, że Chim był jedyną bliską istotą?

W długie noce rozmawiała z Bogiem, Chimem, przygotowywała swą obronę, wciąż naiwnie wierząc, że ma szansę ocalenia tego, co jest najwyższą wartością - życia. Wielokrotnie powtarzała sobie w myślach akt oskarżenia i nie mogła się nadziwić, że wytaczane przeciwko niej argumenty mogą doprowadzić do tragicznego finału: topora lub stosu.

PRZYGOTOWANIA DO OBRONY

Ja, Sydonia Bork, córka świętej pamięci Otto Borka, szlachcianka, Zostaję oskarżona o morderstwo i czary. Od dzieciństwa niepodobna do innych dziewcząt… W diabelskim roztworze kąpana… Kumała się z czarownicami… Od czarownicy Wagnerowej dostała niezwykłe lusterko i dar przepowiadania… Zamordowała księcia Filipa, zabiła pastora Dawida, zgładziła furtiana w klasztorze, unicestwiła przełożoną Magdalenę, na ród Grafitów rzuciła przekleństwo…

Zaiste, dostojni sędziowie, wasze wyobrażenie o mnie jest szkaradne. Na lepsze zasługuję po przeżyciu tyluż lat w czystości klasztornej, bojaźni Bożej, na modlitwach czas spędzając, na rozmyślaniach, Bogu i ludziom służąc w miarę sił swoich.

Dzięki Bogu, jak mawiał pastor Dawid z Marianowa, który wątłe zdrowie piwem z mojej piwniczki lubi krzepić, człowiek naszych czasów burzliwych nastawił ucho na mądrość, serce zwrócił do rozumu, przywołał rozsądek, wezwał roztropność. Nie boję się więc, że mnie bezmyślność prostaków zabije, niefrasobliwość głupców zgubi. Kto mądry - da mnie wiarę, nie oskarżeniom z palca wyssanym, domysłom chorych na wyobraźnię, co we wszystkim niejasnym, mrocznym rękę Boga lub diabła widzą.

Spójrzcie, dostojni i posłuchajcie ich: złamała Joachimowi von Wedlowi żebro… Pod stołem dwie miotły na krzyż złożone trzyma… Psalmy Judaszowe śpiewa… Straszy po celach… W psie i kocie diabły ma zaklęte, sługi swoje…

Wyobraźnia prostaków nie może się oderwać od własnej nędzy codzienności, głupoty. Gdybym tą była, za jaką mnie mieć chcecie, czy wówczas na marność trwoniłabym swą czarodziejską moc? Dlaczego ja, Sydonia, czarownica w ubogich klasztornych celach czekam, aż dopełnią się moje dni? O chlebie i wodzie żyję, o każdy floren dla siebie procesować się muszę u krewnych moich, którzy radzi by mnie widzieć pogrzebaną choćby w popiele stosu za Bramą Młyńską?

Posłuchajcie moich oskarżycieli. To nie ludzie, a psy myśliwskie tropiące mnie. Patrzą: a pod stołem ma miotłę, a głaszcze kota, a pochyla się i szepce w ucho psu, a z wróblami starucha się przekomarza. Na co mi dana czarodziejska moc? Na łamanie żeber? Straszenie po celach? Wpędzanie obojętnych mi ludzi w choroby?

Psalmy Judaszowe śpiewam.
On uczynił niebo i ziemię,
Morze i wszystko, co w nim jest
Dochowuje wierności na wieki.
Wymierza sprawiedliwość skrzywdzonym.

Boże, czyż mało Ci dowodów na moje krzywdy? Na co jeszcze czekasz? Kiedy ujmiesz się za służką swoją przez złych ludzi skrzywdzoną, niesłusznie oskarżoną o czary, o spółkę z diabłem?

Mam wszystko i wszystkich przeciwko sobie. Prostaków i was, dostojni, cudze nieszczęścia, których przyczyn nie można dociec, milczący dwór, milczący Kościół, milczących uczonych. A jednak nie upadam na duchu, bo jest powiedziane w Piśmie Świętym: „Kto mnie słucha, bezpiecznie mieszkać będzie i będzie wolny od strachu przed nieszczęściem”. Wierzę, że nikt z was mej ufności w Boga sprawiedliwego, jak i w waszą mądrość nie zachwieje. Ja, Sydonia Borck, krwi szlachetnej, przeżywszy blisko lat osiemdziesiąt wśród ludzi zacnych i bogobojnych, mądrych i uczciwych, z pogardą najgłębszą odrzucam plugawe oskarżenia chamstwa, które się przeciwko mnie sprzysięgło. Nie znam ich pobudek. Wiem tylko, że śmierć moja ma im wynagrodzić zło i krzywdy przez los wyrządzone. Niech Bóg im wybaczy złość i gniew, z jakimi rzucają przeciwko mnie oskarżenia, oszczerstwa, a wy, dostojni mężowie, upokorzenie moje wynagrodzić raczcie wolnością tych niewielu dni życia, jaki mi jeszcze Pan na niebie zechce ofiarować.

Wszystko, wszystko co na tej sali padło, kłamstwem jest, w żadnym słowie krzty prawdy nie ma. I tak w boską sprawiedliwość wierząc, w wasz rozum i zacność ufając, o wyrok na mnie jestem spokojna.

Kto oskarżeniu dałby wiarę, ten pogwałca naturę, ośmiesza się, godność depcze, podważa istotę rozumu człowieczego.

Jest prawo, którego czczym gadaniem pogwałcić nie można.

Jest sprawiedliwość, której ciemnota nie przysłoni.

Z PROTOKOŁU SĄDOWEGO

“… ponieważ Sydonia nie chce się przyznać do niczego, o czym mówią zeznania świadków, musiano się uciec do ostrego postępowania. Akta wykazują, że nie jest ona niewinna, wobec czego zezwala się katowi, aby ją związał i położył na ławie tortur (…) Wówczas przystąpił do niej kat z pomocnikami, zdjął z niej płaszcz i suknię, związał ręce na plecach i tylko w koszuli posadził ją na rzemieniach. Gdy jeszcze sędziom nie chciała nic powiedzieć, mimo ostrzeżeń, że może być gorzej, kat włożył jej nogi w dyby. Wtedy Sydonia przyznała się, że potrafi czarować, prosząc równocześnie, aby ją uwolniono (…) Następnie kat zawiązał jej oczy. Sydonia zeznała, iż w Marianowie uczyła się czarów od przychodzącej do jej domu Lehne. Za tę naukę nie miała czym zapłacić, więc dała kobiecie mięso. Zapytana o rodzaj sztuk tajemnych odpowiedziała, że wyrządzała ludziom szkody”.

ZWĄTPIENIE

Przeciągający się proces, zmęczenie powoli osłabiały wiarę Sydonii w sprawiedliwość. Zawodziły racjonalne argumenty, widziała przed sobą oskarżycieli, wobec których była bezradna. A może to nie bezradność, a wina pcha ją na stos? Spękanymi od gorączki ustami szepce: Ja, Sydonia… Tylu ludzi przeciwko mnie… Kordula von Wedel, wdowa po Joachimie, Elżbieta von Wedel, wdowa po Lupoldzie, Krzysztof von Wedel, siostry zakonne… Co ja im złego uczyniłam? Zabrałam im mężów, bo sama w staropanieństwie usycham? Rzucałam na swych wrogów przekleństwa, bom była bezsilna wobec zła, jakie mi czynili? Zmarnieję w tej zamkowej celi, wilgotnej, zimnej. Myślą, że starej diabeł w piecu pali. Nie wypuszczą już mnie stąd żywej.

Dlaczego sąd daje wiarę oskarżeniom, w mą moc tajemną, chociaż na własne oczy widzi moją bezsilność, zdanie się na łaskę i niełaskę ludzką? Niby jako to: zło na innych ściągnąć potrafię, fizyczną krzywdę wyrządzić umiem, a sobie dopomóc w opresji nie zdołam? Dlaczego? Co z moją czarodziejską mocą? Mówią: przyszłość widzi. Więc dlaczego przed sługami książęcymi nie skryłam się? Ludziom szkodzi. Więc dlaczego wrogom swoim nie odebrałam sił?

Sędziowie, posłuchajcie, co powiem. Wierzycie w boską sprawiedliwość, jak ja wierzę. Jeżeli czarować umiem - niech Bóg uczyni znak i potępi mnie, lecz nie wy potępiajcie według woli ciemnych, a mnie nieżyczliwych. Nie umiem czarować. Jestem starą, bezbronną istotą. Miejcie to, sędziowie, na względzie. Nigdy nie uczyniłam szkody człowiekowi czy zwierzęciu, a gdyby się tu Bóg zjawił, mogłabym mu spojrzeć w oczy, gdyż nie występowałam przeciwko jego przykazaniom. Stara jestem, bezradna, nie mam nikogo prócz Chrystusa i jego wzywam na pomoc. Nie diabła. Musicie, musicie mi uwierzyć!

Nie uczyniłam żadnej krzywdy pastorowi Dawidowi. Szanowałam go, chętnie gościłam u siebie, na tyle życzliwie, na ile ubóstwo pozwalało. Siadał naprzeciwko mnie i słowa Pisma Świętego przypominał. Pił piwo i mówił, a ja przekomarzałam się z nim, by umysł jego ożywić, do wysiłku większego pobudzić. Dlaczego - pytam - kiedy Bóg stworzył pierwszych  rodziców, nie chciał, by mieli oczy otwarte, by znali dobro i zło? A kiedy za wężowym podszeptem poznali dobro i zło - Bóg stał się bezradny wobec tej ich wiedzy i wypędzić z Edenu musiał. Dlaczego? Dlaczego Bóg bał się ich wiedzy? Pastor złościł się i mówił: pierwsza kobieta sięgnęła po owoc z drzewa wiedzy, a czy ty, Sydonio, nie zerwałaś owocu z drzewa życia? Żyjesz tak długo, Bóg chyba zapomniał o tobie?

Sędziowie, powiedzcie, wytłumaczcie, dlaczego miałabym zabijać dobrodusznego pastora, który przychodził do mnie na piwo i żartował z mojego wieku?

Postawiliście przede mną wielu świadków, oskarżycieli, którzy widzieli działanie mojej czarodziejskiej mocy. Jakże to - nie ulękli się tej siły we mnie?

Mówicie zabiłaś pastora, bo drwił z twej starości.

A księcia Filipa dlaczego miałabym zabić?

Albo furtiana?

Przełożoną Magdalenę?

Powiedzcie, dlaczego miałabym ich zabijać? Z jakich powodów? Skąd we mnie starej babie, pragnienie ludzkiej krzywdy?

Milczycie.

Na każde pytanie, jakie wy mnie postawicie, ja muszę odpowiedzieć. Gdybym milczała - kat zająłby się mną. Ale wy, dostojni, nie odpowiedzieliście na żadne z moich pytań. Przepraszam, na jedno, kiedy spytałam, gdzie mój obrońca. Powiedzieliście, że nie mógł przyjść. Jest to sprawiedliwe?

Stawiacie przed moimi oczyma ludzi, których ledwo znałam, a niektórych nigdy nie widziałam. Pytacie ich: winna? A oni nie wątpią, że tak, winna, na stos z nią, bo przez nią umarło moje dziecko, kto inny zachorował, cierpi.

Sędziowie, prawdą jest i wypierać się tego nie myślę, a więc raz jeszcze powtarzam, iż prawdą jest, że Henrykowi Prechelowi, mojemu dawnemu narzeczonemu, którego nie poślubiłam, umarło dziecko. Nie przeczę. Lecz przysięgam na rany Chrystusa, że nie przeklinałam Prechela, dziecku źle nie życzyłam, bo żadnej do tej rodziny urazy nie miałam. To prawda, co mówię, że Prechel wziął ode mnie psa. Nie wiem, co w nim widział. Skradł mi go. Nie zdziwiło mnie to, bom całe życie przez ludzi wokół okradaną była. A pies pogryzł dziecko i dziecko zmarło. Biedny ojciec stracił rozum. Mówi on: w tym psie diabeł siedział, Chim, który służył Sydonii.

Sędziowie, gdzie panuje gwałt nad prawem, tam lepiej być panią niż służącą, bezpieczniej sądzić niż być sądzonym.

Gdybym to ja miała prawo oskarżania, czy nie zadrżelibyście przede  mną? Kto osądzi bezkarność wnoszących pretensje, żale, pomówienia? Sędziowie, nie szukajcie tylko we mnie zła. Codziennie przed Bogiem je wyznaję i wierzę, że Stwórca nasz i Pan wybacza mi moją pychę, pobudliwość. Ale czy słuchając świadków mówiących przeciwko mnie i w nich nie odnajdziecie zła zrodzonego z ludzkiego nieszczęścia, z bezradności wobec losu dotkliwie dającego się im we znaki?

Przywołajcie raz jeszcze tych świadków. Niech mówią. Stare wiedźmy stające przed wami nie mogą zapomnieć, że byłam piękna, kawalerowie chodzili za mną, tylko za mną. Sam książę… I co dziś mówią one o mnie? Od najmłodszych lat czarowała!

Spytajcie Wedlów, Borków, czy to sprawiedliwe, że ich mężowie pomarli? Odpowiedzą: nie. Czy widzą w tym działanie sił nieczystych? Zgodzą się z wami. I czy wówczas trudno byłoby owe wdowy przekonać, że to ktoś, kogo znają, im zaszkodził?

Wierzą, w co chcą wierzyć. Wymyślają moce, które ich bezsilność wobec losu tłumaczą. Już ja im nie wystarczę. Wymyślono diabła Chima, co moje polecenia wykonuje. Mało im go, dodali jeszcze jednego: Jürgensa. Jeden siedział w moim psie, drugi w kocie. A nieraz we wróblach, do których mówiłam. O biednej kobiecie Wolden, z którą nieraz pogadałam dłużej, mówią, że jest moją wspólniczką.

Sędziowie, ten mały świat zaroił się od diabłów, czarownic. Spójrzcie, na moich piersiach drewniany krzyż. Posłuchajcie w nocy pod drzwiami mojej celi. Nie psalm Judaszowy śpiewam, lecz ten sam, jaki Chrystus śpiewał.

“Opowiedziałem Ci losy moje, a Ty wysłuchałeś mnie;
Naucz mnie ustaw Twoich!
Spraw, bym zrozumiał drogi wskazane przez postanowienia Twoje,
A będę rozmyślał o cudach Twoich!
Dusza moja zalewa się łzami ze smutku,
Podźwignij mnie słowem swoim!
Oddal ode mnie drogę kłamstwa,
Ucz mnie łaskawego zakonu swojego!
Obrałem drogę prawdy,
Prawa Twoje stawiam przed sobą.”

 Z PROTOKOŁU SĄDOWEGO

“Gdy Sydonię przywiązano sznurami, nogi włożono w dyby i ześrubowano je, czytano artykuł po artykule, a ona przyznawała się do wszystkiego. Czcigodnemu księciu Filipowi podłożyła diabła Chima, gdy wyjeżdżał do Stargardu. Chim tak działał na księcia, iż wywołał chorobę i sprowadził śmierć (…) Diabła posłała też na Jobsta Borka. Nie kazała mu go uśmiercać, ale widocznie Chim musiał go palić, skoro zmarł Jobst. Nieraz Chim nie słucha jej, wtedy musi go bić kijem”.

Nigdy nie przypuszczała, że ból cielesny jest tak trudny do zniesienia. Żywoty świętych męczenników utwierdzały ją w przekonaniu, iż mocna wiara osłabia cierpienie, które z radością można złożyć w ofierze Bogu. Tymczasem upokarzające obnażanie starego ciała przed drwiącymi spojrzeniami sędziów, tortury nie mają w sobie nic z wzniosłości, niegodne są ofiary składanej Stwórcy.

DRUGIE PRZESŁUCHANIE

“Rada zebrawszy się w zamku Oderburg przedstawiła katowi i odczytała zeznania, do których Sydonia w czasie tortur i po nich się Przyznała, teraz zaś ponownie odwołuje. Dlatego trzeba ją z całą surowością potraktować. Na to stwierdza Joachim, kat, iż posłuży się wszystkimi przysługującymi mu z urzędu sposobami.

Do Sydonii przysłano wójta na zamek, który rozkazał jej, by przybyła na przesłuchanie, lecz ona odmówiła. Wójt dworu Eustachius Schmidt melduje, iż Sydonia nie chce przyjść. Wówczas kat Joachim każe ją przyprowadzić i posadzić na ławie oskarżonych.

Dr Plonnies stwierdza, iż Sydonia znowu odwołała zeznania, wobec czego czyta trzeci wyrok. Sydonia zaprzecza, że jest winna i chce, aby ją Bóg zabrał (…) Gdy nie chciała dalej zeznawać, odczytano jej nowy wyrok i wezwano do mówienia prawdy, bo w przeciwnym razie postąpi się z nią inaczej. Na co Sydonia powiedziała, że chętnie umrze”.

OSKARŻYCIEL: Dlaczego nosisz krucyfiks?

SYDONIA: By diabeł nie uczynił mi nic złego.

OSKARŻYCIEL: Jesteś czarownicą, masz z nim kontakty. Już się nieraz do tego przyznałaś.

SYDONIA: Sędziowie, kłamałam. Nie umiem czarować. Kat ściskał moje kości, ból odbierał mi rozum. Ja nie wyrządziłam nikomu żadnej krzywdy. Nie szukajcie we mnie winy, bo jej nie znajdziecie. Wezwijcie świadków raz jeszcze, a oni wam powiedzą, jakich krzywd od bliźnich doznałam.

OSKARŻYCIEL: Kto cię nauczył czarować?

SYDONIA: Widzicie przed sobą starą kobietę oszukaną przez bliźnich, krewnych i przez nich oskarżoną o władzę nadziemską. Mnie nawet ludzkiej mocy brakowało, by przeciwko niesprawiedliwościom krewnych moich na majątek dybiących stanąć. Ojciec wcześnie mnie osierocił. Bogactwo rodziny nie mnie miało służyć. Brat Ulrich roztrwonił ojcowski majątek, a mnie skazał na ubogi żywot przy klasztorze w Marianowie. O każdy floren musiałam odwoływać się do sądu. Ale sąd woli się zajmować czarownicami niż krzywdą samotnych kobiet. Moja renta wciąż była trwoniona przez krewnych, majątek rozkradany. Kuzyn Jobst, książęcy radca, znalazł sposób pozbycia się mnie.

OSKARŻYCIEL: Nie umiesz kochać bliźnich swoich.

SYDONIA: Sędziowie, co książę odchodząc y bezpotomnie chce usłyszeć od swego doradcy, jaką pociechę? Że nie jego niemoc spowoduje wygaśnięcie rodu Gryfitów i oddanie Pomorza w ręce Brandenburgii, lecz czary Sydonii, która ród Przeklęła, bo Gryfita nie wziął jej za żonę.

OSKARŻYCIEL: Jesteś gniewną, zazdrosna, bezduszna.

SYDONIA: Ten chciwiec zawsze trzymający się dworu książęcego wiedział, jaką intrygę zbudować, by uderzyć we mnie, podnieść na duchu księcia i zarobić na moim nieszczęściu, na mojej śmierci i na książęcej naiwności. Nie mógł mnie oskarżyć o czary rzucane na ród Gryfitów, bo po świecie zaraz taka wieść by się rozeszła. Ale wystarczyło, by zrobić ze mnie małą czarownicę łamiącą ludziom żebra, zabijającą dzieci, pastora. I o świadków łatwiej, ciszej.

Nie zabiłam księcia Filipa. Nie ma we mnie sił, które uśmiercić by mogły kogokolwiek. Ja, białogłowa, nie potrafię wyjaśnić zgonu jego, ani też innych. Ale na krew Chrystusa przysięgam. Na ten krzyż męki, jaki na piersiach noszę, że ich śmierć nie moje sumienie obciąża.

Tyle miesięcy kat znęcał się nade mną. Upokorzyliście mnie przed ludźmi prostymi, o szlachectwie moim zapominając. Wasze pytania okaleczyły mą duszę. Zasiały wątpliwość w siłę wiary, w Boga jedynego.

OSKARŻYCIEL: Bluźnisz.

SYDONIA: Na Boga sędziowie, jeżeli miałabym kogoś przekląć psalmem Judaszowym, to jego - Jobsta Borka. Jeżeli miałabym diabła Chima komuś podrzucić do udręczenia - to jemu, Jobstowi Borkowi! Po trzykroć zasłużył na męki potępienia wiecznego. Amen.

Sędziowie, a teraz dajcie mi już umrzeć. Jestem stara, zmęczona. Moje życie nie było mniej godziwe niż innych, a o tyle gorsze, że dłuższe i dłuższa w nim była samotność moja, bezsilność wobec tych, którym uprzykrzyło się patrzeć na mnie. Pozwólcie mi umrzeć. Niczego więcej nie pragnę, jak śmierci.

OSKARŻYCIEL: Gardzisz życiem, które Bóg ci dał.

SYDONIA: I tak znienawidziłam życie gdyż nie podobał mi się bieg rzeczy pod słońcem; wszystko bowiem jest marnością i gonitwą za wiatrem. I znienawidziłam wszelki trud, jaki znosiłam pod słońcem…

OSKARŻYCIEL: Nie boisz się śmierci, bo wierzysz, że twój diabeł ci pomoże.

SYDONIA: Śmierć jest taką samą marnością jak życie.

OSKARŻYCIEL: Czeka cię stos.

SYDONIA: Jako szlachcianka mam prawo do miecza. Zetnijcie mą głowę, skoro tak chcecie, skoro jest ona wam potrzebna dla spokoju waszych sumień. Nie bronię się. Tylko ciało oszczędźcie przed stosem, jaki pospólstwu się przeznacza. Niech kat zetnie mą głowę, a ciało po chrześcijańsku pogrzebcie, w ziemi, by w dniu Sądu Ostatecznego z grobu powstało i sprawiedliwości boskiej się doczekało.

OSKARŻYCIEL: Oto twoja modlitwa, jaką w kwietniu spisaliśmy. Pamiętasz?

SYDONIA: Torturowano mnie.

OSKARŻYCIEL: Chciałaś się poprawić.

SYDONIA: Tak, przy pomocy boskiej.

OSKARŻYCIEL: Więc byłaś winna!

SYDONIA: Modliłam się do wiecznie drogiego Pana Chrystusa, drogiego Brata, by wysłuchał mnie. Ja, biedna grzesznica przyznawałam się przed Bogiem do wielu grzechów. Nie umiałam zachować dziesięciorga przykazań bożych, zbyt słaba była moja wiara w ewangelię mego Boga, nie potrafiłam z głębi serca kochać bliźnich swoich. Byłam gniewną, zazdrosną, bezduszną i nie znosiłam słów przywołujących mnie do posłuszeństwa. Swoją boleść krzyża znosiłam z niecierpliwością.

OSKARŻYCIEL: Tak, to są słowa twojej modlitwy.

SYDONIA: Nie przyznawałam się do czarów.

OSKARŻYCIEL: Mówiłaś też o grzechach, których wyjawić nie chciałaś, a sprawiały ci one ból.

SYDONIA: Chciałam się poprawić przy pomocy Bożej.

OSKARŻYCIEL: Co dziś powiesz?

SYDONIA: Rozebrano mnie do koszuli. Na taki ziąb kwietniowy. Związano ręce, nogi dybami ściśnięto. I mówić kazano.

Podszedł do niej kat Joachim, zawiązał jej oczy, ręce związał na plecach, a dr Plonnies wezwał raz jeszcze do mówienia prawdy. Sydonia poprosiła o rozwiązanie pęt, a będzie mówić prawdę.

OSKARŻYCIEL: Dlaczego wciąż zmieniasz zeznania.

SYDONIA: Teraz będę mówić prawdę.

OSKARŻYCIEL: Więc przed księżmi kłamałaś?

SYDONIA: Ze strachu.

OSKARŻYCIEL: Jaka jest prawda o tobie?

SYDONIA: Umiem czarować, jestem czarownicą. Nauczyła mnie tego Wolden. I to jest prawda, tylko to.

OSKARŻYCIEL: Służy ci diabeł Chim?

SYDONIA: Tak, on mi służy.

OSKARŻYCIEL: Od kiedy potrafisz czarować?

SYDONIA: Od pięciu lat.

OSKARŻYCIEL: A od jak dawna służy ci diabeł Chim?

SYDONIA: Od pięciu lat.

OSKARŻYCIEL: Skąd go masz?

SYDONIA: Dostałam go od Wolden i zapłaciłam za niego talara.

OSKARŻYCIEL: Czy jest on twoim kochankiem?

SYDONIA: Tak.

OSKARŻYCIEL: Przysięgnij na śmierć i życie, że to, co mówisz, jest prawdą.

SYDONIA: Przysięgam.

OSKARŻYCIEL: W jaki sposób ci służył?

SYDONIA: Miał mi przynosić pieniądze, miał też gnębić tych, którzy mnie obrażali.

OSKARŻYCIEL: Ty zabiłaś pastora Dawida?

SYDONIA: Nie.

OSKARŻYCIEL: Zeznałaś poprzednio, że to go zabiłaś.

SYDONIA: Kłamałam.

OSKARŻYCIEL: A teraz mówisz prawdę?

SYDONIA: Tak.

OSKARŻYCIEL: A co powiesz, gdy weźmiemy cię na tortury?

SYDONIA: To na moje polecenie Wolden go zabiła.

OSKARŻYCIEL: A kto zabił Jobsta Borka

SYDONIA: Nie ja.

OSKARŻYCIEL: Nie twój Chim?

SYDONIA: Nie.

OSKARŻYCIEL: Ani nie Jürgen?

SYDONIA: On też nie.

OSKARŻYCIEL: Więc Jürgen służył tobie?

SYDONIA: Ale nie tak jak Chim.

OSKARŻYCIEL: Skąd go masz?

SYDONIA: Przyszedł jako kot.

OSKARŻYCIEL: Więc był kotem?

SYDONIA: Nie, był mężczyzną ubranym na czarno.

OSKARŻYCIEL: Który diabeł był silniejszy?

SYDONIA: Jürgen.

OSKARŻYCIEL: Dlaczego uczyniłaś ludziom tyle zła?

SYDONIA: Bo nie osiągnęłam tego w swej sprawie, czego chciałam.

OSKARŻYCIEL: Posłałaś na księcia Filipa diabła i jesteś winna jego śmierci?

SYDONIA: Tak.

OSKARŻYCIEL: Zabiłaś dziecko Prechelowi?

SYDONIA: Nie.

OSKARŻYCIEL: Straszyłaś tym psem Prechela?

SYDONIA: Mówiłam tylko, że jest zły, gryzie.

OSKARŻYCIEL: Skąd wiedziałaś, że jest zły i gryzie?

SYDONIA: Mówiłam tak na złość Dorocie Stettin, która śmiała się, że taki pies ugryźć nie potrafi.

OSKARŻYCIEL: Byłaś złośliwą kobietą.

SYDONIA: Tych, których znałam, nie mogłam inaczej traktować. Nie zasługiwali na nic innego jak tylko na pogardę.

Akta sądowe, prowadzone przez książęcego notariusza Antoniusa Petersdorfa, nie oddają w pełni ani obrazu sytuacji, ani charakteru Sydonii. Nad jej postępowaniem zaciążyło poczucie krzywdy; za wszelką cenę chciała odzyskać utraconą pozycję społeczną, a gdy nie mogła tego osiągnąć - pragnęła przynajmniej być inną, wyróżniać się czymś niezwykłym, jak w młodości urodą.

Jej nie wystarczyła cela w ewangelickim klasztorze w Marianowie, musiała mieć dwie cele, dostęp do własnej piwniczki, a obok klasztoru mały domek wybudowany ze swych skromnych oszczędności. Takie uprzywilejowanie było dostatecznym powodem, by popaść w konflikt z przełożoną klasztoru i jego mieszkankami.

Zdumiewające, ile osób z  trudnych do odkrycia dziś powodów pałało niezrozumiałą nienawiścią do tej kobiety. Kto wie, czy przyczyn nie należy szukać w odległej przeszłości. Borkowie to stary ród pomorski niechętnie patrzący na obce rycerstwo przybywające z Westfalii, Marchii, Meklemburgii. A właśnie wśród tych przybyszów był rycerz Wedel z Uchtenhagen koło Stendal, który dał początek potężnemu rodowi na Pomorzu. Wedlowie, u których często szukała pomocy, choć nie wiemy dlaczego właśnie u nich, w szczególny sposób okazywali niechęć do Sydonii. To z ich poleceń bito starą kobietę, na ulicy zaczepiano wyzwiskami, co z kolei wyzwalało w Sydonii agresję wobec nich. W protokołach sądowych nazwisko Wedlów pojawia się bardzo często, a zeznania świadków z rodziny Wedłów zawsze są przeciwko Sydonii.

KIM BYŁA SYDONIA

Kronikarze pomorscy wysoko oceniają inteligencję czarownicy z Marianowa. Znakomicie prowadziła swoje książki rachunkowe, była dociekliwa, umiała korzystać z aparatu destylacyjnego, podczas rozpraw sądowych lotnością umysłu górowała nad sędziami. Miała język ostry, myślała logicznie, trzeźwo.

Upór, z jakim walczyła z argumentami oskarżycieli, zasługuje na najwyższy podziw. W czasie tortur przyznawała się do win, lecz po odzyskaniu sił wszystkiemu zaprzeczała. Osiemdziesięcioletnia kobieta walczyła nie tylko o przedłużenie swego życia, lecz także - a może przede wszystkim - o inną prawdę o sobie. Dopiero wielomiesięczne więzienie, tortury, złe odżywianie, paniczny strach przed cierpieniem w ogniu stosu za Bramą Młyńską wyczerpały jej organizm, osłabiły odporność psychiczną. Coraz częściej mówiła od rzeczy, gnębiły ją koszmarne sny. Czy pojawienie się bezgłowego upiora zmarłego pastora Dawida z Marianowa może być objawem wyrzutów sumienia?

Jak wiele innych pytań dotyczących słuszności zarzutów stawianych Sydonii, i to chyba już na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Jedno jest pewne - Sydonia naprawdę bała się cierpienia. A przecież wiedziała, że ten dzień okrucieństwa w końcu nadejdzie. Ile razy mdły świt wdzierał się do celi przez małe okratowane okienko, pęczniał w jej oczach i potem wielki, wielki bo ostatni w jej życiu. Całe ciało czuło jej ciężar, ale oczy najdotkliwiej. Najbledszy ranek gorzał ostrym płomieniem jak stos. Palił każdą cząstkę jej ciała z osobna i jeszcze nigdy tak bardzo jak teraz nie zdawała sobie sprawy z fizycznej wielkości swego istnienia. A więc najpierw w oczy wgryzie się dym wilgotnego drewna, z trzaskiem podpełznie do stóp jęzor ognia. Ścisnęła dłonie, skurczyła je z zamiarem uratowania choć na kilka sekund przed żarem ognia, jakby ręce były innymi częściami ciała niż nogi. Ale to nie tak - myślała o rękach. - Stopy są obute, nogi okryte suknią, a ręce? I płakała nad swymi bezbronnymi rękoma, nad każdym palcem dłoni.

Sędziego zapewniała o pragnieniu śmierci. Kłamała. Wciąż jeszcze nie jest przygotowana na rozstanie się ze światem. Pastorowi Dawidowi łatwiej było umierać, bo wierzył, że ma nieśmiertelna duszę. Jej tej wiary brakuje. Każdy nowy świt przypomina jej, że mogła liczyć tylko na siebie i żadna wiara, żaden cud nie uratują steranego życia.

Nie umiała myśleć o duszy, modlić się o wieczne zbawienie dla niematerialnej cząstki siebie. Bała się cierpienia, które zacznie odczuwać każdym palcem ręki. Co dnia tylko o tym myślała, drżąc przed cierpieniem. Wilgotnymi oczyma wpatrywała się w skrawek nieba w oknie, w czarną chmurę przypominającą odzienie pastora Dawida. Ma coraz słabszy wzrok, bez okularów już nie dojrzy twarzy pastora, jego siwych oczu. Nie, to nie wzrok winien. Przecież widziała swego psa dokładnie: przytępiony klin głowy z czarnym wilgotnym noskiem, szyję muskularną, dość długą, łukowato wygiętą, grzbiet mocny, nieznacznie wzniesiony nad lędźwiami, klatkę piersiową szeroką… Pastor zawsze zjawia się bez głowy, by nie drażnić jej sumienia wyrzutem oczu, spojrzeniem pytającym: gdzie prawdy szukać, Sydonio? O, pastor Dawid był szlachetnym człowiekiem ,grzecznym, miłym. Dla niego byłaby gotowa trochę pocierpieć. Dlatego, gdy już straciła nadzieję na odzyskanie wolności, oskarżyła siebie o śmierć pastora Dawida. Dobry Bóg pastora mógłby to wziąć pod uwagę. Ale On wciąż milczy.

TESTAMENT

“Po raz trzeci odczytano jej słowo w słowo wszystkie artykuły, co zabrało sporo czasu. Pytano ją dlaczego nie chciała przyznać się po dobroci, wówczas nie oddano by jej w ręce kata. Nic nie odpowiedziała. Prosiła, aby pastor przyszedł do niej, gdyż chciała się pogodzić z Bogiem. Ponieważ jej służąca do końca wytrwała przy swej pani, chciałaby ją obdzielić testamentem, który później spisano. A że nastąpiło to w mojej obecności, ja, Antonius Petersdorf, książęcy notariusz, własnoręcznym podpisem potwierdzam.

Poprzednio spisane i przez Sydonię Bork zarówno po dobroci, jak i w czasie tortur złożone zeznania, potwierdzam, notarius publicus”.

SŁAWA CZAROWNICY

W kilkadziesiąt lat po śmierci Sydonii piszący o niej udowadniali jej niewinność uważając, że stała się bezbronnym obiektem chorej wyobraźni oskarżycieli, świadków i sędziów wplątanych w dworską intrygę. Kuzyn Obst Bork za wszelką cenę pragnął się pozbyć niewygodnej krewniaczki, która wiecznie ciągała go po sądach w sprawach spadku. Malarze chętnie powielali jej wizerunek, portrety z podobizną pomorskiej piękności wisiały w Pęzinie, Trzmielu, Stargardzie, Płotach. Kiedy zapadł wyrok na Sydonię, chyba nikt z podpisujących go nie przypuszczał, że akt uczyni jej imię nieśmiertelnym przez długie, długie wieki. Na światło dzienne wydobywano różne epizody z jej życia, była bohaterką poczytnych romansów. Dziś bardzo często los Sydonii wiąże się z dziejami Pomorza, a jej osobista tragedia z polityczną. Dokumenty z procesu stanowią odbicie specyficznego charakteru epoki, w której wypadło jej żyć. Czy Sydonia była ślepym narzędziem w rekach Brandenburczyków? A może ich ofiarą? Temat godny szekspirowskiego dramatu.

Sydonia przegrała proces. Nie mogło być inaczej, a jednak trudno pogodzić się z jej klęską. Po kolejnych torturach wyznała: ja Sydonia Bork, córka Otto Borka, pozostaje przy tym, co powiedziałam na torturach. Przyznaje się, mam moc czarodziejską, a służy mi diabeł Chim. I Jürgen. Diabła Chima dostałam na łopacie od kobiety Wolden. Chim czynił ludziom zło, gnębił ich, siał niezgodę, nosił choroby. Od Chima silniejszy jest Jürgen. Nie wiem, gdzie są teraz. Znajdźcie moją wspólniczkę, białą kobietę. Mieszka na Wiku. Ona wie, gdzie są Chim i Jürgen. Proszę, zapytajcie ją. Na torturach szczegółowo opowie.

NR 155 DOKUMENTU NOTARIUSZA

„Połowa sierpnia 1620 r. Rada zaprzysiężonych w Szczecinie skazała Sydonię na śmierć przez spalenie, po uprzednim przewleczeniu jej na plac sądowy i czterokrotnym trzymaniu w kleszczach”.

„W wyniku nadesłanych akt przez sędziego nadwornego przeciwko Sydonii Bork uznajemy jako sędziowie i ławnicy za słuszne, że Sydonia Bork, pomimo iż przyznała się do winy, a potem w całości zaprzeczyła, co zmusiło sędziego do zastosowania ostrych tortur w większym wymiarze, w czasie których przyznała się ponownie do dokonywania czarów oraz doprowadzenia osób do śmierci. Z tego powodu została skazana na ścięcie toporem, następnie ciało jej spalono na stosie. Jej spadek przyznaje się sądowi na pokrycie kosztów inkwizycji, a nie jej spadkobiercom. Wszystko zgodnie z prawem”.

EPILOG

Brama Młyńska w Szczecinie znajdowała się za murami miejskimi, na niewysokim wale, mniej więcej tam, gdzie dziś kończy się przy Muzeum Narodowym ulica Staromłyńska. To właśnie za tą bramą ciągnął się plac grozy; wykonywano na nim wyroki śmierci, a w XVII wieku właśnie tu palono kobiety oskarżone o uprawianie czarów. Za Bramą Młyńską stanęła przed stosem osiemdziesięcioletnia staruszka Sydonia Bork, wyrokiem sądu skazana na śmierć.

Kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie wykonano na niej wyrok, w Muzeum Narodowym wisi jej portret anonimowego malarza. Jest to portret dość niezwykły. Na jednym płótnie artysta uwiecznił dwie postacie. Na pierwszym planie Sydonia w wieku młodym. Twarz ma owalną, wysokie czoło, łuki brwi ostre, nos zarysowany wyraźnie, usta małe, spojrzenie żywe, inteligentne. Ubrana jest bogato, na szyi wisi miniaturka, z ramion opada łańcuch. Za nią stoi Sydonia stara. Gdyby nie informacja umieszczona w dolnym prawym rogu płótna, trudno byłoby doszukać się związku między obu paniami. Różni je nie tylko wiek, uroda, biżuteria. Obraz staruszki rzadko kiedy bywa sympatyczny. Stara Sydonia stojąca za plecami młodej jest odrażająca, a jej kłujące przenikliwe spojrzenie, w porównaniu z łagodnym wzrokiem tej pierwszej, intryguje, powoduje uczucie przerażenia i lęku, a jednocześnie skłania do zadumy. Cóż spowodowało tak wielkie zmiany w wyglądzie i psychice tej kobiety?

Czy ten trop nie wiedzie na właściwy ślad do zrozumienia tragedii Sydonii?

W dumnej szlachciance, która w swych marzeniach mierzyła wysoko, zawsze były dwie postacie: piękna i brzydka, dobra i zła, jak w naturze dzień i noc, wiosna i jesień.
 



Aktualności

ZAPRASZAMY !

MAJÓWKA ZE SZTUKĄ Z SYDONIĄ W TLE, CZYLI ŚWIĘTO MALARSTWA, MUZYKI I TEATRU - MARIANOWO 2015. Początek majówki w sobotę 9 maja o godz. 14.00. Wstęp wolny. więcej
Copyright © 2009 by marianowo.org - Parafia Marianowo